poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Writing is hard. Zbiór rozterek niespełnionego pisarza


Ten tekst to rozgrzewka. Postanowiłam sobie, że będę pisać codziennie. Focus Writer liczy mi czas - powinnam poświęcić na to godzinę. Chociaż może powinnam ustawić go na liczenie słów? W końcu - przez godzinę można gapić się w migający kursor. 5% dziennego celu. 


Z pisaniem mam relację love-hate. Pisałam od zawsze. Od mojego pierwszego wierszyka w pierwszej klasie, do bloga. Lepiłam ze słów i zawsze naprędce przyswajanej wiedzy (bo nigdy nie potrafiłam rozsądnie rozłożyć sobie nauki) świetne wypracowania, które przerodziły się w całkiem niezłe prace naukowe. Pisanie sprawia mi przyjemność i daje satysfakcję przekraczającą wszelkie inne satysfakcje, jakich można doświadczyć. Ale czasem, przed radością jest ból niemal fizyczny, wycie do księżyca i sfrustrowana, zmęczona twarz z ustami wyrzucającymi z siebie niecenzuralne słowa. Pisanie tego tekstu jest niczym fitness dla mózgu. Pot spływa po moich mentalnych plecach (skoro można mieć kręgosłup moralny to czemu nie mentalne plecy?). Jeszcze trochę. Stephen King byłby dumny. 
S.King, Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika,
Prószyński i S-ka, 2008

Czytałam ostatnio Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika, czyli zbiór porad dla początkujących pisarzy pióra wspomnianego przed chwilą autora. Systematyczność przede wszystkim. King imponuje swoją pisarską dyscypliną. Wyrobił sobie nawyk pisania i nie może już bez niego żyć. A im więcej pisze, tym więcej pomysłów pojawia się w jego głowie. Stephen nie wymyśla historii, on je odkrywa. Jak archeolog pieczołowicie odkrywający kolejne fragmenty cennego znaleziska. Tak przynajmniej opisuje swój proces twórczy. Trzeba przyznać, że całkiem ładne porównanie. 

Złośliwi mówią, że copywriter to pisarz, który pogodził się ze swoim losem. I chociaż copywritingiem zajmuję się zawodowo, wcale nie zgadzam się z tym twierdzeniem. Artystyczne dusze nigdy nie godzą się ze światem i rzeczywistością. Sztuka to bunt. Ale co z tego, kiedy kompleksy i bariery psychiczne gaszą zapał w zarodku szepcąc do ucha „Uważaj, bo się ośmieszysz!”. 



Krzywię się, kiedy piszę te słowa. Trochę się wstydzę. Zawsze chciałam napisać książkę. Powieść. W mojej głowie non stop kłębią się historie, które przeżywam i rozwijam w myślach. I czasem zapał wybucha gdzieś w okolicy serca (może to i banalne, ale ja zapał zawsze czuję w okolicy serca!) i rozlewa się aż po koniuszki szukających długopisu palców. Ale przecież trzeba posprzątać. Wpaść na Facebooka. Obejrzeć coś (przecież nie mogę wypaść z obiegu!). A potem wątpliwości gaszą zapał ze skutecznością kilku oddziałów straży pożarnej. Historie w głowie urywają się, zostają zapomniane i nie mają kontynuacji.  

King podaje prostą receptę na zostanie pisarzem. Właściwie ogranicza się ona do dwóch rzeczy. Pisania i czytania. Dużo czytaj i dużo pisz! Jednak trzeba do tego coś dodać: Uwierz, że możesz! 

Pamiętnik rzemieślnika to książka, którą czyta się z przyjemnością, nawet jeśli nie mamy pisarskich aspiracji. To po prostu sprawnie napisana, ciekawa lektura z tym, co dzisiaj nazywa się „flow”. Może i nie jest odkrywcza, ale potrafi wlać wiele otuchy w serce każdego, komu marzy się zobaczenie kiedyś swojego nazwiska na okładce. Talent jest ważny, ale codzienne ćwiczenia są jeszcze ważniejsze. Tak jak te fizyczne powoli wzmacniają mięśnie, aż w końcu zaczynamy widzieć zarysy upragnionego sześciopaku, tak i te pisarskie krok po kroku mogą nas zaprowadzić, jeśli nie na szczyt, to przynajmniej - na bardzo przyzwoity poziom. 

Ale systematyczność to właśnie najtrudniejsza część tej, jakże prostej recepty na sukces. I sprawa nie dotyczy tylko pisarzy-amatorów, ale i tych wielkich, którzy nie potrafią pójść w ślady Kinga i codziennie sadzać tyłek przy biurku (panie Martin, do pana piję!). 

W zasadzie nie wiem, jaka powinna być puenta tego wpisu. Może powinny być dwie? 

Po pierwsze, jeśli macie ochotę na szybką lekturę traktującą nie tylko o tym, jak i co pisać, ale przede wszystkim będącą szparą w drzwiach do pracowni jednego z najwybitniejszych przedstawicieli pop-literatury, to sięgnijcie po Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika. 

Po drugie - i to już puenta skierowana do mnie (oraz do wszystkich zmagających się z własnym pisaniem) - pisz więcej. Nie tylko na bloga. Pozwól sobie na niedoskonałość. Niech niektóre wpisy i historie będą beznadziejne. Trudno. Nie zawsze trening nas satysfakcjonuje, nie zawsze czujemy zakwasy i nie zawsze ktokolwiek zauważy nasz wysiłek. To nic. Kiepski trening jest i tak lepszy, niż żaden. Na koniec mój ulubiony cytat motywacyjny (wybaczcie mi, bogowie, że mam ulubiony cytat motywacyjny!) - „Nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.” 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Pop-voyeryzm, czyli pokaż mi, jak to przeżywasz! Fanowskie reakcje w Internecie


Ach, ten You Tube. Nie dość, że bawi, to w dodatku dostarcza bogatego materiału źródłowego do wszelkich rozważań na temat popkultury, socjologii, antropologii... i ogólnej kondycji ludzkości na początku XXI wieku. Wśród oceanu filmów (FILMIKÓW!), dziś pod lupę biorę te, które niezwykle od jakiegoś czasu mnie fascynują, czyli fanowskie reakcje. 

Patrz, jak to przeżywam! Dzielenie się emocjami, czy spektakl?

Pierwsze pytanie, które nasuwa się po obejrzeniu kilku z nich brzmi - dlaczego ludzie to nagrywają? Drugie - dlaczego ludzie to oglądają? A trzecie - czy to naprawdę na serio?

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Jak przetrwać epidemię zombie? Warianty apokalipsy, cz. 2

Pora na kolejną porcję dywagacji zombiaczych. W pierwszym wpisie wspomniałam, że „prawdziwe” zombie byłyby w istocie ludźmi. Chorymi, agresywnymi, obrzydliwymi i złaknionymi krwi. Taki, dość niewygodny dla wszystkich dumnie noszących na piersiach koszulki w stylu „Czekam na zombie apokalipsę”, obrót sprawy niósł by za sobą dylematy natury etycznej i problemy natury prawnej. Ale co z tą apokalipsą? 


środa, 27 lipca 2016

Jak przetrwać epidemię zombie? Warianty apokalipsy, cz 1.

Nazwa zobowiązuje. Skoro wanna jest pełna zombie, nie powinien mnie dziwić fakt, że ludzie trafiają na mojego bloga, wpisując hasło „jak przetrwać apokalipsę zombie”. Cóż, na to, jakże podstawowe pytanie, jeszcze w ramach mojej pisaniny nie odpowiedziałam, więc... czemu by nie podywagować?


poniedziałek, 25 lipca 2016

Demaskowanie Boga i wyganianie demonów, czyli czy warto oglądać Outcast i Preachera?




Do Wanny wpadły ostatnio dwa seriale, które pod pewnymi względami są do siebie podobne. Oba opowiadają o nadnaturalnych siłach i ludziach, którzy muszą żyć z niecodziennymi umiejętnościami. To jak? Wolicie napić się whisky z księdzem, czy dać w mordę demonowi? Innymi słowy - Preacher, czy Outcast? 


niedziela, 17 lipca 2016

Powiem Ci, jak masz żyć! Nie chcesz słuchać? I tak Ci powiem.

Dzisiaj zupełnie niepopkulturowy wpis o tym, jak nieodpartą pokusą bywa możliwość pouczania obcych ludzi. Zwłaszcza za pośrednictwem komentarzy na Facebooku. 


Dzisiejszy wpis jest wynikiem impulsu, który narodził się we mnie, kiedy zwyczajowo scrollowałam facebookowego news feed’a. Czytanie komentarzy w Internecie to prawdopodobnie najszybszy sposób na nabawienie się frustracji. Wiecie, co mnie zawsze najbardziej męczy? Nie ilość zdań z którymi się nie zgadzam (a te przecież mogą być całkiem sensowne), nie ilość bzdur, a raczej łatwość z jaką ludzie powtarzają pewne obiegowe opinie, utwierdzają stereotypy i posługują się wyświechtanymi frazesami.

środa, 13 lipca 2016

Conjuring 2. Saving people, hunting things. Real family business!

Po horrory sięgam dość rzadko. Wcale nie dlatego, że jestem strachliwa lub nadmiernie wrażliwa. Co to, to nie – już dawno nauczyłam się jadać kolacje ze wzrokiem wbitym w rozpadające się, gnijące zombiacze truchła snujące się w The Walking Dead. Po prostu filmy grozy wywołują u mnie dyskomfort, którego nie lubię odczuwać.






No właśnie – nie tyle strach, co – dyskomfort, coś co irytuje i nie wprowadza w zbyt dobry nastrój. I tak, wiem, że zasadniczo o to właśnie w przeżyciu związanym z oglądaniem filmu grozy chodzi. O oswajanie strachu w warunkach bezpiecznych – z poziomu wygodnej kanapy i paczki chipsów.