Brodnicon 2017: relacja bardzo subiektywna

Są takie miejsca na świecie, które w naszym sercu zajmują miejsce szczególne. Są takie wydarzenia, które, mimo że niezauważone przez wielu stają się całkiem spektakularne w naszych wspomnieniach. Dziś będzie o Brodniconie – malutkim konwencie, który przypomniał mi jak fajnie czasem zamknąć komputer, porzucić na jakiś czas bloga i po prostu pogadać.

 

Mały konwent – duże serce

 

Co jest lepsze? Nowy Jork, czy zielona, cicha polska wieś z wierzbami, rosnącym na polu rumiankiem i małym jeziorkiem osnutym mgłą o poranku? Prawdopodobnie zależy od gustu. I prawdopodobnie wcale nie powinno się porównywać tych dwóch miejsc, bo to przecież nie ma sensu. Nie mam zamiaru więc Brodniconu i jego organizacji porównywać do wielkich geekowskich imprez. Chociaż moją przygodę z konwentami zaczęłam od gigantycznego i szalonego Pyrkonu, to nie jestem w stanie nie dostrzec uroku małych, kameralnych konwentów. Duże imprezy mają klimat. Te małe – duszę!

Organizatorzy, krzątający się korytarzami szkoły w której Brodnicon się odbywał, pomocni, uśmiechnięci i bardzo zajęci emanowali tym, co mi się w tej całej naszej kochanej nerdozie podoba najbardziej. To coś, co trudno mi nazwać jest mieszanką dziecięcego entuzjazmu (który z wiekiem niewiele ma wspólnego), absolutnie dorosłej odpowiedzialności (za program, organizację, dobry nastrój wszystkich itp.) i ogromnej pasji do rzeczy, które reszcie świata wydają się śmieszne i nieważne. Ale nie nam, prawda? My, ślęczący godzinami nad ulubionym serialem, pochyleni do późnej nocy nad książką a w dzień zapisujący na skrawku paragonu pomysły na wpis blogowy, podcast, vlog lub prelekcję, doskonale wiemy że to wcale nie jest śmieszne ani nieważne. I dlatego trzymamy się razem!

 

Prelekcje z gratisem (w postaci przeziębienia!)

 

Rozmiary konwentu są sprawą drugorzędną, kiedy jest się prelegentem. Bo w końcu wewnętrzna potrzeba opowiadania o swoich małych obsesjach i odchyleniach (na punkcie np. zombie!) nie zważa zbytnio na wielkość audytorium. Ja czuję tę samą cudowną adrenalinę niezależnie od tego, czy przede mną siedzi 200 osób, czy też 2. Małe grono słuchaczy ma z resztą jedną wielką zaletę – można monolog zmienić na komunikację.

 

Na Brodniconie opowiadałam o fenomenie i spadku oglądalności The Walking Dead oraz o Lokim w komiksie. Miałam w zanadrzu także prelkę o Tricksterach w Supernatural, ale godzina była dość późna i z racji bardzo małej frekwencji spędziliśmy całkiem przyjemne 50 minut na oglądaniu serialowych gag reelów. Niewygłoszona prelekcja raczej się nie zmarnuje. Już myślę, jakby tu ją rozszerzyć, ulepszyć i posłać dalej w świat. Pyrkon czeka, prawda? 🙂

Jednak rozmowy sprawiły mi zdecydowanie najwięcej radości. Na przykład podczas panelu o Popkulturowym roku 2017. Godzina to zdecydowanie za mało, żeby powiedzieć o wszystkim, ale wraz z Serenity z  IMHO, Izy z bloga Czarny Kotu w Internetach oraz Damy Pik  zahaczyłyśmy o to, co najważniejsze w serialu, filmie i literaturze. Przygotowania do konwentu odsunęły mnie nieco od pisania, ale myślę że zbiorę swoje przemyślenia na temat tego, na co warto czekać, w osobnym wpisie.

Mam nadzieję, że nikt nie zaraził się ode mnie niegroźną, ale jednak irytującą (coś jak zombiak bez zębów!) infekcją, której nie zdążyłam do końca wyleczyć. Mój zapchany nos był chyba jedynym przykrym aspektem Brodniconu.

Jak Brodnicon, to Brodnica!

 

W kontekście Brodniconu nie mogę przemilczeć miejsca, w którym się odbywał. Pewnie znalazłabym sobie milion wymówek, by na ten konwent nie pojechać (bo zima, bo daleko, bo przed wypłatą itp.), ale z Brodnicą łączą mnie więzy tak silne, że po prostu nie potrafię odmówić żadnej wizyty w tym mieście. Gdybym wygrała na loterii, moje życie wyglądałoby tak: kupuję domek pod Brodnicą (gdzieś w okolicach jeziora Bachotek), koniecznie z wielkim tarasem z widokiem na wodę i las, piszę Wannę regularnie, zabieram się za powieść, helikopterem latam do Krakowa robić doktorat i oczywiście objeżdżam z prelekcjami wszystkie konwenty w Polsce. Good Lord, gimme that numbers!

 

Brodnica – rynek (trójkątny!)

 

Marzy mi się Brodnicon latem! Bo latem Brodnica odkrywa pełnię swojego czarującego, skromnego piękna. Ze swoim trójkątnym ryneczkiem, wieżą krzyżacką z której o zmroku wylatuje chmara nietoperzy, nienachalnie rozlokowanymi gotyckimi zabytkami i urokliwym pojezierzem jest idealnym miejscem na wakacje i na konwent.

 

Wieża i ruiny zamku krzyżackiego

 

Idealny sposób na weekend!

 

Brodnicon był bardzo kameralną imprezą. Bez stresu, że gdzieś się nie dostanę, na coś nie zdążę, nie dopcham się do stoiska z plakatami… Za to z nowymi znajomościami, ciekawymi rozmowami, dużą ilością świeżego powietrza (chociaż komunikacja miejska z Brodnicy jest darmowa, konia z rzędem temu, kto mi powie dlaczego w sobotę autobus jedzie tylko 2 razy?), no i Brodnicą. To się nazywa idealny weekend!

 

 

  • Kochana Sygin! Ogromnie się cieszę, że przyjechałaś i teraz tak pięknie piszesz! Też marzę o Brodniconie w lipcowym słońcu, z kąpielą w Niskim Brodnie zamiast prysznica (tiaa) i lodach zjedzonych na ryneczku pod ratuszem. Może za rok? Zobaczymy!
    Tymczasem nic się nie martw. Na bank prelekcja się nie zmarnuje. Jeśli nie na innym konwencie to na następnym Brodniconie 😀
    I zdecydowanie masz rację. Po Pyrkonie wracam zawsze zmęczona i zadowolona, ale z małych konwentów wracam praktycznie wzruszona. Bo małe to i takie bliskie serduchu 😀

    • Trzymam kciuki za II edycję, chętnie uczynię z przyjazdu na Brodnicon moją konwentową tradycję 😉 Tak mi się zrymowało. Ściskam i mam nadzieję, że jako organizatorzy byliście zadowoleni z imprezy. Było super.

  • Trzeba się będzie wybrać, choćby nawet żeby pozwiedzać, a gdyby był kolejny konwent to nawet wpaść posłuchać, ja się do prelekcji nie nadaję 😉

    • Zwiedzanie obowiązkowo – Brodnica jest przeczarująca! A co do prelekcji, to każdy się nadaje. Pod warunkiem, że ma coś ciekawego do powiedzenia – resztę można wypracować.

  • Pingback: Wyliczanka #3 - Brodnicon i Netflix zimą - Czarny Kotu w Internetach()