Doctor Strange – czy magia Marvela nadal działa? Prawie-recenzja

Kiedy Marvel Studios zapowiadało Strażników Galaktyki, prawdopodobnie nikt nie czuł specjalnej ekscytacji. Dziwny film o dziwnych ludziach i szopie w kosmosie. Film posiadł jednak wszelkie oznaki zajebistości, a trailer drugiej części przed seansem Strenge’a wywołał w nas jeśli nie głośny (bo w kinie nie wypada) to przynajmniej wewnętrzny pisk.

 

Magiczny świat Marvela

 

Od tego czasu mam zaufanie do Marvela. Nawet jeśli temat jest ryzykowny, ludzie z MCU wiedzą, co robią. Na Doctora Streange’a nie szłam więc z obawą. Jedynie z uprzejmym zainteresowaniem.  Po napisach końcowych w mojej głowie pojawił się wielki szyld z napisem OK. Mam jednak wrażenie, że to za mało.

Film o Stephenie Strange’u jest kolejną cegiełką dodaną do uniwersum filmowego. Potrzebną, bo rozszerza świat o magię. Co prawda wiemy, że w Marvelu magia istnieje – w Asgardzie i innych ościennych krainach, ale na Ziemi do tej pory królowała (nieco magiczna!) ale jednak – technologia.

Ciała astralne, manipulowanie materią siłą woli, psychodeliczne podróże przez wymiary i wielki kosmiczny stwór pożerający światy. Za każdym razem, gdy podczas oglądania mój mózg krzyczał „to niedorzeczne!”, przypominałam sobie Groota. Ufff, wszystko w porządku. Wszytko w normie.

 

 

Multiwersum!

 

Doctor Strange to też film, który przybliża widzów do świata komiksowego Marvela, który przez lata opowiadał tak niestworzone historie, jakby prowadził badania nad granicami rozciągliwości zawieszenia niewiary.  Opowieść o chirurgu, który wyrusza na koniec świata, by odzyskać władzę w rękach jest więc filmem ważnym dla MCU pod względem wzbogacenia świata. Ale czy sprawdza się pod jakimkolwiek innym?

Pewnie już w tym miejscu tekstu widzicie, że mam z Doctorem Strange’em jakiś problem. Wizualnie film jest zachwycający – w dobie narzekania na marny efekt 3D i dyskusji, czy w ogóle taka technologia jest nam potrzebna np. w telewizorach, Strange udowadnia, że czasem naprawdę warto dopłacić i pójść do IMAXA. Fabularnie ma jednak wszelkie problemy origin story.

 

 

Problemy pierwszej historii

 

Bohaterowie MCU są nam doskonale znani. Niektórych kochamy, innych cenimy, albo darzymy niezdrową obsesją (ekhmloki). Czasem zapominam, że klub superbohaterów Marvela nie jest klubem zamkniętym i od czasu do czasu jego szeregi zasilają nowe postacie. I chociaż już dawno wciągnęły nas wydarzenia powoli zmierzające do Infinity War, czasem musimy się zatrzymać i posłuchać nowej historii. Od samego początku.

Tu chyba tkwi problem z historią Doctora. Trochę się odzwyczailiśmy od klasycznego origin story w Marvelu. Oczywiście, całkiem niedawno mieliśmy Ant-Mana, ale dzięki zmianie stylu na heist movie, nasz mrówczy superbohater uniknął zdeptania przez schemat.  Uniknął go także z innego powodu – Scott Lang jest przesympatycznym bohaterem, którego nie da się nie lubić i jego historia, motywacje czy osobowość wyróżniają się na tle innych.

Strange jest natomiast Tonym Starkiem służby zdrowia. A w dodatku, o ile Tony miał aż trzy filmy, by przejść drogę od egocentrycznego dupka do gościa, który poświęca się dla ratowania świata, wysyłając atomówkę (i siebie) w portal międzywymiarowy, to Stephen musiał sprężyć się z tym w godzinkę.

 

 

7/10

 

Nie mam zamiaru narzekać. Jednego jestem pewna – kolejny film o Doctorze Strange’u będzie lepszy. Tak jak lepszy od The First Avenger był Winter Soldier. Nie namawiam na pójście do kina, bo przecież do Marvela nikogo nie trzeba przekonywać. Strange to kawał doskonałej rozrywki i doskonałych efektów. No i co tu zrobić, skoro Marvel tak nas rozpieścił Civil War? Po prostu obejrzeć, dobrze się bawić i zaktualizować swój ranking ulubionych filmów Marvela.

Doctor Strange nie wchodzi do mojego Top5. A do waszego? 🙂