Get in the car! Popkulturowa motywacja do zrobienia prawa jazdy

Popkultura i samochody

Każdy, kto widział Szybkich i Wściekłych wie, że do bycia szybkim oraz wściekłym niezbędne jest posiadanie prawa jazdy. Z resztą, ile historii znanych nam z popkultury nie potoczyłoby się tak spektakularnie, gdyby nie samochody. I nie mówię tylko o pościgach. O zwyczajnym przemieszczaniu się. Bo w drodze zawsze czekają największe przygody.

 

Pewnego dnia, wczesną wiosną, powiedziałam sobie: Już czas. 9 lat zajęło mi podjęcie tej decyzji. Po prostu nagle uznałam, że jestem gotowa. Że czas w końcu wyzbyć się lęków, ukatrupić niepewność siebie i wziąć byka za rogi. Albo raczej – za kierownicę. I nie byka, a samochód.

 

Nie bardzo lubię wymówki i głupio mi się usprawiedliwiać. W końcu wy doskonale wiecie, że wiem – powinnam pisać częściej, bardziej regularnie i mieć tysiąc pomysłów na super posty. Niestety, jestem tragicznie wręcz monogamiczna, jeśli chodzi o ważne sprawy na głowie. Wielozadaniowość nie jest moją mocną stroną. A moje myśli zaprząta ostatnio arcyważne zadanie – zrobić prawo jazdy. I myślę, że każdy, kto z dumą nosi w portfelu ten wyczekany kawałeczek plastiku, wie że cały proces jest dość żmudny i wyczerpujący. Przynajmniej psychicznie.

 

Status na dziś jest taki, że za mną 30 godzin jazd oraz wewnętrzny egzamin z teorii. Przede mną natomiast wewnętrzny praktyczny, którego zdanie upoważni mnie do podejścia numer jeden w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego. Także droga przede mną jeszcze kręta (pamiętajcie, na zakręcie nie wolno wyprzedzać!), chociaż mam cichą nadzieję, że nie aż tak długa, jak wielu twierdzi.

 

Jak mi smutno, to sobie wyobrażam, że jeżdżę Impalą z Deanem! 🙂

 

Przez te 30 godzin mojego siedzenia za kierownicą miałam swoje chwile chwały oraz spektakularne faile (zawsze kończące się jednak dobrze, dzięki opanowanemu do perfekcji refleksowi instruktorów). A w przetrwaniu tego najeżonego igiełkami stresu czasu pomaga mi, oczywiście, popkultura. I moje popkulturowe motywacje do zrobienia prawka.

 

Zombie apo – bez auta ani rusz!

 

Czy potraficie zliczyć, jak wiele razy tyłki naszych ulubionych bohaterów TWD uratowały porzucone (ale zawsze sprawne!) samochody? Trudno sobie wyobrazić przetrwanie zombie apokalipsy bez umiejętności prowadzenia. Po raz kolejny zombiaki okazały się doskonałym pretekstem do zdobywania nowych skillów (o tym, jak ważne jest w tym kontekście chodzenie na siłkę pisałam tutaj). Nie wspominając już o tym, że posiadając prawko, dwa samochody i partnera można wykonać prawdopodobnie najbardziej epicki zombie kill ever. Nawet jeśli szanse na powtórzenie wyczynu Ricka i Mishonne są jak 1:10000000 to i tak warto wydać ten tysiączek z kawałkiem na naukę jazdy.

 

Get your kicks on Route 66!

 

Moim największym podróżniczym celem jest road trip po USA. To pewnie wynik oglądania amerykańskiego kina drogi. Kiedy myślę o tym kraju, sama podróż – przemierzanie szerokich, zakurzonych dróg, czucie wiatru wdzierającego się do samochodu przez półotwarte szyby, zatrzymywanie się w przydrożnych, małych restauracjach serwujących wielkie steki i leżenie na masce pod rozgwieżdżonym niebem jest kwintesencją i sensem całej wyprawy. Wcale nie dotarcie do punktu docelowego, tylko właśnie to wszystko, co pomiędzy. Czy moje wyobrażenie jest idealistyczne? Pewnie tak. Możecie winić Dorotę Warakomską i jej książkę Droga 66. Jak już w końcu nazbieram sobie wystarczającą ilość pieniędzy do skarbonki z napisem Na spełnienie marzeń, to posiadanie prawka będzie absolutnie obligatoryjne!

 

Popkultura i samochody

Get in the car, there’s no time to explain!

 

Popkulturowych powodów do zrobienia prawka jest oczywiście o wiele więcej, ale te dwa najczęściej przychodzą mi do głowy w sytuacjach, kiedy na skrzyżowaniu po raz kolejny gaśnie mi silnik, a biegi nie chcą wchodzić tak gładko, jak powinny. Myślę też wtedy o chwili, kiedy wsiądę w swoje auto (które nie będzie spektakularne, ale dla mnie na pewno najpiękniejsze i najlepsze) i na cały regulator włączę spotifajową playlistę Road Trip Songs. No i w końcu będę mogła podjechać do przyjaciółki, znajomego lub kogokolwiek innego, odsunąć szybę i krzyknąć Get in the car, I have no time to explain!

 

Chętnie poczytam wasze wspomnienia z czasów, kiedy robiłyście/liście prawko. A może dopiero się szykujecie do kursu? Piszcie!

 

  • U mnie od prawka zaczęło się stwierdzenie, że jednak nie do trzech razy sztuka, a do pięciu – tak zdałem za piątym (gramatykę opisową też XD). Patrząc na to, kto uczył mnie jeździć, to sukcesem jest to, że w ogóle mam dziś prawko, bo instruktor wyjebka maks, a pół roku po tym, jak skończyłem kurs szkoła jazdy zbankrutowała. Pierwszy egzamin to w ogóle masakra, bo ja jeszcze z tych czasów, gdy od razu po zdanej teorii czekało się na jazdę (a teraz z tego co słyszałem, to nie wszyscy mają taką przyjemność), a mniej więcej w czasie wspomnianego pierwszego egzaminu przerzuciłem się z okularów na szkła kontaktowe, a lekarz wpisał mi, że mogę jeździć wyłącznie w okularach. Problem jak wiadomoczyjsyn, bo pojechałem na egzamin w soczewkach i mój brat ledwo zdążył, by mi podrzucić bryle, co bym został dopuszczony. Nerwy mnie zeżarły, z WORDu wyjeżdżałem z wyłączonymi światłami, ruszyłem kilka razy nawet z trójki, dwa razy zgasł mi samochód, a gość większości z tych przewinień nie zauważył i udupił mnie dopiero, gdy zrobiłem jakiś poważny błąd. Przy drugim egzaminie wymienili samochody w ośrodku, ale za dużo by pisać jak na jeden komentarz. Chyba się zainspiruję Twym wpisem i napiszę pościG (heheheheheheheheh, żart w temacie) o moich pięciu razach. 😀

    • Widzę, że od początku miałeś pod górkę. Czyli Twoja relacja wpisuje się w ogólny trend opowieści z krypty (pod WORDem). W sumie to nawet lepiej – tyle się nasłuchałam o traumie zdawania prawka, że chyba już nic mnie nie zaskoczy. Pisz, pisz, bo jestem ciekawa historii każdego z pięciu Twoich razów 😉