Papier czy ekran? Książka kontra e-książka

Dzisiaj wpis o tym, jak miło czasem podotykać książki.

Wiem, brzmi jak przyznanie się do dziwacznego fetyszu. Ale człowiek, który od kilku lat nie rozstaje się z czytnikiem e-booków,  może nagle gwałtownie zatęsknić za zadrukowanym papierem.
Odkąd na naszym rynku pojawiły się czytniki, w Internecie znaleźć można dyskusje o wadach i zaletach takiego sprzętu. Książkowi konserwatyści zachwalali jedyny w swoim rodzaju zapach świeżego druku, entuzjaści e-czytelnictwa wskazywali na wygodę noszenia ton książek w jednym, małym urządzeniu.
A ja nigdy nie rozumiałam antagonizowania tego tematu. Przecież w gruncie rzeczy najważniejsze jest czytanie. To, co się czyta i ile się czyta. Samo przywiązanie do tej formy rozrywki i rozwijania swojej wiedzy (książka zawsze powinna nas czegoś uczyć – nawet jeśli nauka sprowadza się tylko do zdobycia nowej wiedzy na nasz własny temat), jest przecież ważniejsze od nośnika.
Czytnik e-booków to chyba moja ulubiona technologiczna nowinka ostatnich lat. Jako że studiowałam kierunek, na którym nikogo nie dziwi plecak wypchany książkami, cieszę się, że dzięki czytnikowi uratowałam mój i tak już zmęczony kręgosłup od dźwigania podręczników i wszelkiej innej makulatury. Mój portfel z resztą także jest czytnikowi wdzięczny, bo notatek na zajęcia prawie w ogóle nie drukowałam. A i lasów nie trzeba było wycinać. Same plusy.
Photo credit: ljung80 via Foter.com / CC BY-NC-SA

Jednak, chociaż swojego booxa kocham i mam w torebce zawsze (dzięki temu mogę czytać wszędzie, a co najlepsze – mogę czytać wszystko, na co tylko mam ochotę), to ostatnio poczułam pewną tęsknotę. Tęsknotę za przewracaniem kartek, za obejmowaniem palcami tych setek stron, które pokonałam, by namacalnie sprawdzić, jak dużo zostało mi do końca, za wkładaniem zakładek i wkurzaniem się, że wypadły na ziemię, kiedy otwierałam książkę.

Poza tym, padł na mnie blady strach, kiedy uświadomiłam sobie, że mogłabym pozbawić się możliwości posiadania rozległych, uginających się od woluminów regałów. Dom bez książek jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia. A e-booka na półkę nie wstawię.
Nie, to nie jest wpis, który na piedestał stawia książki papierowe i jest głosem przeciwko czytnikom. Szczerze mówiąc nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy krzyczą w Internecie, że e-booki nie umywają się do starego, dobrego (i pachnącego) druku. Najczęściej te krytyczne głosy należą do tych, którzy czytnika nigdy w rękach nie mieli. Mnie osobiście bardzo mile łechce myśl, że oto w mojej małej torebce potrafię zmieścić książki, które przeliczać można spokojnie na setki kilogramów. Zupełnie, jakby moja torba była spokrewniona z TARDIS (wiecie, bigger on the inside)!
Photo credit: Celeste via Foter.com / CC BY-NC
A jednak czasem człowiek ma dość technologii i chce poczuć więcej. Zupełnie jak ze starym znajomym – fajnie jest pogadać na skype i mieć stały facebookowy kontakt. A jednak od czasu do czasu naprawdę wspaniale jest umówić się na piwo i uścisnąć temu staremu znajomemu rękę.
Ostatnio dostałam książkę. Papierową. Może nie pachnie wspaniale, ale cudownie się ją trzyma. 

Jednak książki są przede wszystkim do czytania, nie do dotykania. I nie ma co się o to kłócić.