Podróże śladami zombie – recenzja książki Adama Węgłowskiego

Kiedy pierwszy raz w literaturze użyto słowa „zombie”, co pisał o żywych trupach Stanisław Lem i czy boom na zombie apo to tylko chwyt marketingowy, a może odwiecznie pielęgnowana ludzka obsesja? Na te pytania odpowiada Adam Węgłowski w książce Żywe Trupy. Prawdziwa historia zombie.

Wiele się po tej książce spodziewałam. To, że temat mnie fascynuje nie jest przecież tajemnicą. Wystarczy spojrzeć na tytuł bloga. Ale tak to jest z oczekiwaniami, że rzadko kiedy rzeczywistość potrafi im sprostać. Tak też było w tym przypadku. Podtytuł „2000 lat fenomenu, który nie chce umrzeć”, jest tyleż chwytliwy, co mylący.
Osobiście wyobrażałam sobie pełną ciekawostek podróż przez świat i historię w poszukiwaniu prawdy o tym, skąd w ludziach wziął się koncept na chodzące truchło. I w pewnym sensie to dostaję – jednak w wersji trochę chaotycznej i chwilami – powierzchownej. Pierwszy rozdział wiele obiecuje – zaczyna się w miejscu dość niespodziewanym, bo w Wersalu podczas panowania Ludwika XIV, potem jednak przenosimy się na Haiti, by pozostać tam na większość lektury.
Oczywiście, nic w tym dziwnego – ten kraj jest kolebką zombie i pierwsze rozdziały o religii vodou (nie mylić z voodoo!) były bardzo ciekawe, ale naprawdę spodziewałam się, że autor ruszy dalej. Ruszył, niestety tylko na chwilę, zabierając nas do Europy, wspominając dawne wierzenia (strzygonie) oraz paranoje naszych przodków (strach przed pogrzebaniem żywcem).
A. Węgłowski, Żywe trupy. Prawdziwa historia zombie, Kraków 2016
W tej historycznej części niespodziewanie znalazł się rozdział o pasożytach atakujących niektóre gatunki owadów i, choć niewątpliwie interesujący, nie pasował mi do tej konkretnej części książki. Właśnie – konstrukcja Żywych trupów… wydaje się w pewnych momentach uporządkowana dość… ekstrawagancko. Trzeba przyznać autorowi, że dość sprawnie przechodzi z upiorów do mrówek, ale logika uporządkowania rozdziałów jest dla mnie zagadkowa.  Mam wrażenie, że autor popadł w coś, co znam bardzo dobrze z autopsji – chęć powiedzenia wszystkiego z jednoczesnym zachowaniem racjonalnej objętości pracy.
Po rozdziałach o upiorach straszących jeszcze do niedawna na polskich wsiach oraz tefefobii, znów wracamy na Haiti, by przyjrzeć się bliżej osobom poddanym zombifikacji i rozwikłać zagadkę magii ożywiającej zmarłych. W tej części autorowi zdarza się zbaczać nieco z tematu, choć w sumie pewnie się czepiam– dywagacje na temat  kolonialnej historii oraz politycznych gier haitańskich władców to po prostu kolejna cegiełka budująca nasz imponujący pałac wiedzy. 
W ostatnim rozdziale (części) zostawiamy wreszcie geograficzną kolebkę zombie, zwracając się ku teraźniejszości. Autor stara się omówić pokrótce fenomen zombie w naszej kulturze (na przykład fascynację serialem The Walking Dead), wskazać na paralele między niektórymi chorobami psychicznymi, a figurą żywego trupa, wspomnieć o teoriach spiskowych i eksperymentach z bronią biologiczną oraz podsumować całą książkę. Wrażenie chaosu po raz kolejny dało mi się we znaki, chociaż muszę powiedzieć, że im bliżej końca lektury byłam, tym moje zainteresowanie rosło.
Innymi słowy: książka zdecydowanie nie wyczerpuje tematu. Ciekawe fragmenty frustrują, bo kończą się tam, gdzie mogły dopiero się zaczynać. Trzeba jednak Węgłowskiemu oddać, że raczy nas wieloma ciekawostkami, a ze stylu autora wyczytać można autentyczną fascynację tematem, a także wrażliwość, dzięki której opisane zombie zyskują pełniejszy, tragiczny wymiar. Bo paradoksalnie, w tym rozpadającym się, bezmyślnym, chodzącym trupie znaleźć można idee na wskroś ludzkie oraz żywe ślady naszych największych lęków.