Ameryka nie istnieje? O książce Orlińskiego i popkulturowym patrzeniu na świat

To nie będzie recenzja książki Wojciecha Orlińskiego pt. Ameryka nie istnieje. Jest ona tylko stacją początkową dla pociągu skojarzeń i refleksji, jakie można z niej wyciągnąć. Pytanie na dziś: na ile popkultura wpływa na nasz światopogląd?

 

USA – prawdziwy obraz? A może tylko obraz?

 

Cała koncepcja opiera się na prowokacyjnym nieco tytule. Jak to nie istnieje? Przecież każdy z nas codziennie trafia na przynajmniej jeden amerykański produkt – czy to w sklepie, czy w telewizji, lub na ekranie komputera. Popkultura, ta o której rozmawiamy i piszemy, jest przecież amerykańska. A więc jak? Ameryka nie istnieje?
Orlińskiemu chodzi o rozbieżność między naszymi wyobrażeniami o Stanach Zjednoczonych, a rzeczywistym ich obrazem. Te wszystkie miejsca, drogi, klimat – wszystko co pojawia się w naszej głowie po haśle „USA” to mit. Takiej Ameryki nie znajdziemy podróżując (znajdziemy ją oglądając!). Sprawa wygląda jeszcze ciekawiej, jeśli pozwolimy się przekonać Orlińskiemu, że sami Amerykanie postrzegają swój kraj w ten właśnie, zanurzony w mitach sposób.
O ile Europejczycy na przykład, swoją tożsamość narodową budują i budowali na długiej i burzliwej historii, to fundamentem amerykańskiej tożsamości jest, według Orlińskiego, właśnie mit.

 Ameryka nie istnieje - Orliński Amerykański monomit, czyli Superman na Dzikim Zachodzie

O jakich mitach mówimy? A no tych opowiadanych jeszcze raz i jeszcze…przez popkulturę. To ona ukształtowała sposób myślenia o Stanach i jego „idealnym” obywatelu w głowach samych Amerykanów. Dlatego też każdy z nich będzie twierdził, że serce kraju bije gdzieś indziej – ale na pewno nie tam, gdzie sam mieszka.
Na marginesie dodam, że w badaniach kulturowych istnieje koncepcja monomitu amerykańskiego. Znaleźć możemy go w pierwszych komiksach superbohaterskich oraz klasycznych westernach (czyż jest coś bardziej amerykańskiego od tych dwóch tworów?). Opiera się oczywiście na koncepcji monomitu Josepha Campbella, który opisywał w swoich pracach wspólny dla całej ludzkości wzorzec wszystkich mitycznych opowieści o bohaterach.
Amerykańska wersja monomitu jest nieco mniej rozbudowana i prowadzi nas od zagrożenia ładu, poprzez pojawienie się bezinteresownego bohatera, odrzucenie przez niego pokus, zwycięstwo, przywrócenie harmonii i ładu, do oddalenia się triumfującego nad złem bohatera. Ten wzór był (i nadal jest – choć w nieco zmodernizowanej wersji) fundamentem wielu fabuł amerykańskich dzieł.

Czy coś w ogóle istnieje? Pop-wyobrażenia

 

Wróćmy jednak do wyobrażeń – nie sposób zaprzeczyć, że o Ameryce myślimy przez pryzmat popkultury. Przynajmniej do czasu, kiedy nie rzucimy wszystkiego i nie polecimy tam, by przekonać się na własnej skórze, jak bardzo prawdziwe Stany różnią się od naszych oczekiwań. Ale w sumie, czyż podobnie nie jest z innymi krajami? Ludźmi, zawodami, koncepcjami na życie? Oczywiście, taka „francuskość” ma być może większe zakorzenienie w historii, kulturze, rzeczywistości, niż mityczna “amerykańskość”, ale każdy z nas ma z pewnością dwa razy bardziej romantyczne wyobrażenia o Paryżu niż mieć powinien. Podobnie jest z naszymi wyobrażeniami na temat pracy – o tym pisałam przy okazji popkulturowych zawodów. Przecież praca archeologa przepuszczona przez popkulturową machinę to coś zupełnie oderwanego od realiów.

W jakim stopniu popkultura wpływa na nasze patrzenie na świat?

 

Rozmaici badacze nowoczesnej (a właściwie ponowoczesnej) tożsamości podkreślają wpływ, jaki mają na człowieka media (a w ramach tego – kultura masowa). Żeby nie rozpłynąć się w dywagacjach – zasadniczo chodzi o to, skąd czerpiemy naszą wiedzę o sobie i świecie. Kiedyś (w czasach naszych dziadków i pradziadków) swoje „ja” kształtowano na bazie doświadczeń własnych lub opowieści zebranych w lokalnej społeczności. Dziś – kiedy mamy dostęp do informacji na temat wydarzeń z całego świata, nie musimy bezpośrednio czegoś przeżyć, by tego doświadczyć. Czasem od realnego przeżycia (np. nowych rzeczy) wystarczy nam to zdobyte poprzez popkulturę (film, grę komputerową, komiks).

 

Okazuje się, że często próbujemy przenosić wzorce podpatrzone w mediach do naszego życia. Dlatego trudno dziś powiedzieć, czy popkultura imituje życie, czy też życie zaczyna imitować popkulturę. Zastanówcie się, skąd czerpiecie wiedzę na temat tego, jak powinien wyglądać szczęśliwy związek? Mam nadzieję, że wielu z was odpowie – z obserwacji moich rodziców, przyjaciół, dziadków… Ale, czy filmy o miłości nie informują nas, jak powinniśmy zachowywać się na randkach? Czy nie przenosimy pewnych zachowań podpatrzonych w ulubionym serialu, czy filmie do naszego własnego życia? Czy nie chcemy czasem być jak…(tu wstawić dowolną postać ze świata pop)?
Oczywiście, gdzieś tam jest prawda o krajach, zawodach, związkach. Wiadomo, nic nie jest proste. Doszukiwanie się pestki sensu w miąższu tego wszystkiego to z resztą zadanie, z którym borykamy się całe życie. Ale czasem idziemy na skróty – krainą wyobraźni. Nie jest to wcale takie złe, o ile potrafimy dobrze ocenić, z których wzorców korzystać warto, a które doprowadzą nas tylko do frustracji. Ameryka może i nie istnieje. Ale to, co w naszych głowach, wcale nie musi być mniej realne, prawda?